Francja

Hiszpania

Inne kraje podróży





Strona opowiadania 1/4

Sierpień 2008 roku. Zajechaliśmy na lotnisko w Katowicach. Patrzymy na odloty - jest nasz Monastyr. W kolejce dużo różnych osób, rodzin z dziećmi i par. Każda z nich ma oklejony bagaż etykietką biura podróży. Każdy praktycznie inny. Zaczęło się od ważenia bagaży. Okazało się, że ważyły po 18 i 19 kg. Uff. Mama dała mi jeansy na drogę. Oby nie było zimno. Nasłuchaliśmy się o zimnych nocach na Saharze, a koniecznie chcieliśmy na nią pojechać. Kontrola straży granicznej była nieco uciążliwa. Macanie. Ciągłe znajdowanie kolejnych elementów metalowych - pasek od spodni, telefon komórkowy, zegarek, fiszbiny w biustonosie. Czekamy na lotnisku. Są sklepy wolnocłowe, zdaje się Baltona i inne. Ceny średnie. Czekamy na krzesełkach. Jeszcze 2 godziny do odlotu. Środek nocy, ludzie przysypiają.

 

Samolot do Tunezji


Zbliża się godzina odlotu a nasz samolot dopiero przylatuje. Wsiadamy w autobus z reklamą polskiego piwa Żywiec. Pewnie go już przez dwa tygodnie nie zobaczymy. Jedziemy, widzimy duży airbus z arabskimi napisami. Czas wsiadać. Zapowiada się arabska wycieczka. Z bełkoczących głośników słyszymy "Ladies and Genteman...". Następnie pozostała część komunikatów była po francusku ale wiele dało się domyśleć. Startujemy, okazuje się, że to tylko 20 minut opóźnienia. Samolot trochę skrzypi, ale przedstawiciele biura podróży zapewniali na lotnisku, że TunisAir jest jedną z najbezpieczniejszych linii lotniczych na świecie. Wznieśliśmy się, jak to na polskiej wycieczce posypały się brawa.

Lecimy już prawie półtorej godziny, zbliża się chyba 4 rano, co chwile turbulencje, nawet przyjemne uczucie, praktycznie wszyscy śpią. Bo co tu robić o tej godzinie w nocy jak nie spać. Część ludzi jest ścięta po zażyciu Aviomarinu, ale jedzie wózek, lekko zaświeciły się światła, powoli zrobiło się lekkie poruszenie. Załoga rozdaje każdemu jakiś dżemik, masełko, bagietkę, jakieś inne przekąski, ale już nie pamiętam. Później kolejny wózek - kawa, herbata, sok i Coca Cola z arabską etykietą. Wyglądała przerażająco. Czuć, że zbliżamy się w arabskie klimaty.

Nie wiem czemu Ci ludzie dalej śpią, zamiast poddać się urokowi turbulencji lub podziwiać widok z tych małych okienek. Chwilami coś widać. Kolega obok twierdzi, że to "włoski but". Bardzo możliwe. Zaczyna się przejaśniać. Powoli coś widać. Widać, że to nie Europa, jakiś taki suchy ląd. Tak, to chyba Tunezja.

Lecieliśmy jeszcze jakieś 25 minut, jasno już, karty częściowo arabskie, częściowo francuskie wypełniliśmy na pokładzie samolotu. Lądujemy. Znowu brawa. Kapitan wita nas na lotnisku Habiba Bourgiby w Monastirze. Lecieliśmy niecałe trzy godziny. Wczesny ranek, duszno, problem ze złapaniem oddechu. Obok nas krzyczą "Palmy, zobacie Palmy". Inni półtonem dogadują "No i co z tego, normalne". Nie załapaliśmy się na pierwszy autobus. Ten reklamy Żywca na sobie już nie ma. W między czasie widzimy jak dziesiątki walizek są przerzucane z rozmachem z kilkunastu metrów. Wtedy myślę sobie, że dobrze, że kupiliśmy tak dobre walizki trzy dni przed wylotem. Gdy je zobaczyliśmy na taśmie wyglądały mimo wszystko jak po kilku latach intensywnego używania.